Na wariackich papierach.

W życiu nie zawsze to co ułożone i poukładane jest najlepsze. Najczęściej jednak przekonujemy się o tym przypadkiem. W dążeniu do perfekcji nie możemy pozwalać sobie na żadne niedociągnięcia. Tak jest również w wędkarstwie, a dotyczy to przede wszystkim sprzętu (tu patrz-przynęty) jak i dotyczy samych ryb. Te dwa aspekty łączą się dość silnie. W obu przypadkach ważna jest ilość jak i jakość ryb i przynęt. Czy rzeczywiście tak być powinno?

No pewnie, że właśnie tak jest ! O ile w przypadku samych ryb ma to sens to już w stosunku do przynęt jest totalnie bez sensu. Kilka lat w tył wybrałem się z Mateuszem na piknik. Oczywiście piknik miał być podstawowym punktem programu, jednak wędki zabraliśmy. Bez tego by się nie dało. Oczywiście musiałem pamiętać o wszystkim, więc pierwszy raz nie spakowałem odpowiedniego pudełka z przynętami. Jak widać moja mina mówi wszystko w tym temacie.

Dodatkowo mocno się siliłem by znalazło się miejsce idealne. Znalazło się. Może nie idealne, ale niezłe. Płytkie, ale mieliśmy dostęp do jedynego chyba stołu nad brzegami tej rzeki. Klamka zapadła. Wszystkie graty porozkładane więc zabrałem się do montowania wędki. Wtedy to okazało się, że obaj mamy do dyspozycji 30 metrów czystego brzegu, jednego mini twisterka w kolorze motor oil, srebrną obrotówkę Effzett i naprawianego już woblerka. Śmieci !!!

Pogoda była tego dnia wspaniała. Z humorami gorzej, ale.... z czasem humory nam się znacznie poprawiły !
Pstrągi gryzły ! W dodatku na wszystkie z naszych trzech przynęt ! Zmienialiśmy je tylko dlatego by sprawdzić czy na inne też biorą. I tak w kółko ! Tylko tyle, że w większości były to pstrągi niewymiarowe lub ledwo wymiarowe.

No cóż. Balowanie nad pstrągowymi głowami takie właśnie konsekwencje musiało mieć. :)

-Znów wyszedł ! Właśnie zza tego krzaczka wychodziły do woblerka najczęściej. Gumkę brały w dryfie, a obrotówkę klasycznie. Prowadzoną z prądem.

W końcu straciliśmy najpierw gumkę, a następnie obrotówkę. Gdy pozostał nam tylko wobler postanowiliśmy się przenieść, a właściwie wynieść.

Zmiana łowiska, a właściwie otoczenia bardzo przypadła Mateuszowi do gustu. Mnie również. Maliny to prawdziwy i jedyny smak lata. Na koniec spotkaliśmy nad rzeką młodą dziewczynę ze spinningiem i różowym plecakiem. Nie dawała sobie kompletnie rady. Pytała i pytała. W końcu wziełem od niej wędkę by pokazać co i jak, założyłem mojego woblera i w pierwszym rzucie wyholowałem pstrąga z pierwszego zdjęcia!

Zażyczyłem sobie zdjęcie z pstrągiem, jej wędką i różowym plecaczkiem. :) Mateusz wręcz przeciwnie! Jak widać do niektórych rzeczy należy dorosnąć. Na niektóre nie zwracać uwagi, a inne mieć w d....
P.S. Woblerek pozostał u dziewczyny. Nie miałem serca go jej nie dać. Choć jeszcze wiele razy tam jeździłem nigdy jej nie spotkałem. Może to była jakaś Rusałka !?

2 komentarze: